<-- -->

Free Web Hosting : Free Hosting : Troubled Teens : Report Abuse


FOX droga dyskutanci święta zabawa powrót

Na poczatku byla Ezra - jamniczka z nieprawego loza, ktora kupilam sobie na 18-te urodziny wmawiajac mamie ze to prezent od kolegow. Ezra od samego poczatku wychowywana byla jak kazdy normalny i szanujacy sie pies. Zadnych tam taryf ulgowych ze wzgledu na rase. Byla wiec psem poslusznym i wychowanym co nie wyklucza rowniez pewnej niezaleznosci. Niezaleznosc objawiala sie czasowa gluchota albo slepota - uposledzenie umiejscowialo sie w zaleznosci od aktualnych potrzeb. Byla jednak na tyle dobrze wychowana i posluszna ze nie obawialam sie zabierac jej do lasu bedac u dziadkow. No i wlasnie na ktoryms z takich lesnych spacerow Ezra zniknela! Wczesniej bylo to nie do pomyslenia. Pojawila sie po chwili ogromnie czyms podniecona i pognala znow przed siebie. W tamtym momencie daleka bylam od analizowania i wyciagania wnioskow (do glowy mi nie przyszlo ze ona chce mi cos pokazac) gonilam ja ze strachu ze w ogole zniknie. Suka co chwila znikala mi z oczu (nie bylo to zbyt trudne - mala w koncu jest) ale w koncu dopadlam ja oszczekujaca niemilosiernie wielki krzak. Chcialam ja odciagnac ale ze szarpac sie z psami nie lubie to w koncu dalam za wygrana i poszlam krzak obejzec. W krzaku lezala padlina. Wyleniala ruda padlina. Przerazilam sie ze to jakies padle na wscieklizne zwierze i szybko wzielam suke na smycz. Juz mialam sie odwrocic i uciekac do weterynarza kiedy padlina otworzyla jedno oko i zaskomlala cicho. Zamarlam. Suka wpadla w amok. O odciagnieciu jej bez uzycia sily nie bylo mowy. Kucnelam zeby sie lepiej przyjzec i dopiero wtedy zobaczylam. To byl pies. Przywiazany do drzewa drutem, oplatany sznurkiem, wylenialy, wychudzony, rudy pies. Z wysilkiem otworzyl drugie oko a we wzroku mial zupelna pustke. On poprostu chcial juz umrzec. Teraz w amok wpadlam ja. Nie wiedzialam czy mam odciagac suke czy ratowac psa... Zaprowadzic suke do domu a pozniej wrocic po niego czy zabrac go od razu... Wzywac weterynarza czy dzialac samodzielnie... W glowie mialam totalny chaos... Otrzezwilo mnie dopiero kolejne ciche jekniecie - bo to juz nawet skomlenie nie bylo... Z dusza na ramieniu zaczelam delikatnie odplatywac drut ktory niemalze wrosl sie w szyje... Pozniej rozplatalam sznurek i delikatnie podnioslam psa... Kiedy teraz o tym mysle to dochodze do wniosku ze to musiala byc jakas psia magia. On tak mnie zaczarowal ze nie myslalam jakie ryzyko niosa za soba te wszystkie operacje - przeciez nie mialam pojecia czy nie ugryzie, czy nie jest chory no i ta wscieklizna... Nioslam go do domu jakies 4 kilometry - pod koniec ciazyl mi niemilosiernie mimo ze jak sie pozniej okazalo wazyl niecale 9 kilogramow... Bylam jednak w takim szoku ze do glowy mi nie przyszlo ze moge chwile odpoczac... Dotargalam go w koncu do dziadkow i umiescilam na starym materacu w garazu... Pozniej wszystko potoczylo sie juz szybko - do pierwszego weterynarza zawiozl mnie kolega... wtedy zapadl pierwszy wyrok - uspic... ucieklam z psem na rekach... pozniej drugi weterynarz - uspic... ja coraz bardziej zmeczona a pies jakis taki lzejszy i bardziej bezwladny z coraz bardziej zamglonym wzrokiem... w koncu pod wplywem mojej histerii przyjechalismy do warszawy... jedyna klinika ktora znalam byla Ksiazeca... pies dostal kroplowke, jakies zastrzyki, zrobili mu RTG tylnej lapy - zoperowali ja bo okazala sie byc zlamana... I dopiero tam kiedy juz okazalo sie ze bedzie odratowany, ze bedzie zyl - dopiero tam puscily nerwy i poplynely lzy... Nie moglam sie uspokoic w koncu chirurg ktory operowal Foxa wyszedl do mnie i "nakrzyczal" ze mam sie uspokoic bo im klientow wyplaszam ryczac jakby mi psa zamordowali... pozniej byly dugie tygodnie walczenia z ranami po drucie, odzywania, pielegnowania, rechabilitacji poskladanej na gwozdzie lapy no i leczenia tego co najwazaniejsze - zdruzgotanej psiej psychiki... cale miesiace uczenia ze smycz nie sluzy do bicia, ze podniesiona reka moze podrapac za uszami a nie tylko uderzyc itd itd... stopniowo pies odzyskiwal sily fizyczne i psychiczne..coraz czesciej zdarzalo mu sie pobawic z suka, na spacerach powoli odklejal sie od mojej nogi i odbiegal coraz dalej... i tak jest az do dzis... niestety nie da sie wymazac z jego pamieci okresu brutalnego traktowania... do tej pory nie szczeka, kuli sie przed podniesiona reka, ucieka od krzyku... ale za to jest najwspanialszym przyjacielem... najwierniejszym powiernikiem... cala swoja ruda osoba odwdziecza sie na kazdym kroku za te cztery kilometry pogoni za uciekajacym zyciem...
wskakuj na górę